Pierwszy raz na Wiśle w Krakowie byłem wiosną 91. Po tradycyjnym dojeździe z Wrześni do Poznania chętnych na wyjazd było ok. 25 osób. Na pewno jechał Uszol, Zbrodniarz, Prendol... Monika. Kibice Wisły w owych czasach byli uznawani za jednych z bardziej krwiożerczych. Tydzień wcześniej byli na Olimpii i podobno w Lasku Golęcińskim nie doszło do starcia, dlatego, że my mieliśmy mieć spokój jadąc do nich. Podróż była napięta wszyscy byli jacyś tacy niespokojni. W Katowicach wyrwało się Kooleejooorz! Im bliżej Krakowa tym większa cisza. Mieliśmy wyjść w ciszy i mieć pochowane barwy. Na dworcu pusto no i luz barwy na wierzch i ponownie głośne Kooleejooorz! Rozeszliśmy się po mieście. Pamiętam, że byliśmy na Wawelu, siedzieliśmy nad Wisłą. Pamiętam jak Prendol zaczepił jadącą na rowerze laskę "Iza, ale masz fajny tyłek" "wiem" odpowiedziała. I tak słodko w barwach spędzaliśmy czas. Kiedy przyszliśmy pod stadion było chyba z 2 godziny do meczu i pusto. Weszliśmy na sektor gości wtedy to były betonowe płyty porośnięte trawą. Ale do meczu jeszcze sporo czasu, więc zrobiliśmy sobie wycieczkę przez prosta na drugą stronę a tam stoiska z szalami, flagami... W pewnym momencie patrzę a obok mnie chodzą ludzie w innych barwach. Co słychać jakie macie fajne szale - wtedy były pierwsze z napisami - chodźcie na prostą do naszego kotła itd. Do ich kotła nie poszliśmy ale usiedliśmy na łuku w środku sektora z kibicami Wisły. Na rozgrzewkę wyszli nasi piłkarze i poleciało KKS ch.... jest. Z nami może 2 niebieskich a ludzi coraz więcej. Wspomnę tylko, że Wisła walczyła o puchary a my jako aktualny mistrz gramy o pietruchę. Siedzimy coraz bliżej płotu a oddechy na plecach coraz cieplejsze. Pod koniec I połowy, kiedy leżeliśmy pokotem wpadają dla nas dwie bramy no i się zaczyna. Pał jakby trochę więcej może z pięciu, a my resztę meczu stoimy już tyłem do boiska. W przerwie dochodzą nas słuchy, że nasi odpuszczają mecz. Potwierdza się to na boisku, tracimy jedną bramkę za chwilę drugą a nawałnica trwa. W tym czasie nikt się nami już nie interesuje, a w 85 minucie te 5 pał zabiera nas ze stadionu. Czy kiedyś szliście gęsiego z dołu do góry przez sektor wśród miejscowych wrogo nastawionych do was kibiców? Stojąc na peronie jeden z milicjantów rozpoznaje Uszola "ty byłeś kilka tygodni temu na Hutniku". Pytamy się o wynik 3:3 okazuje się, że wpadły jeszcze dwa karne najpierw dla Wisły później dla nas. Gdybyśmy tam zostali to trudno powiedzieć czy dziś miałbym, co opowiadać.
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 4.05.2007
Sięgnę pamięcią do lat 80 i 90-tych, ponieważ te są chyba ciekawsze niż ostatnie 10 lat.
Zacznę może od tego, że liczby wyjazdowe w owych czasach były raczej symboliczne średnio kilkadziesiąt osób. A zatem stawianie się na wyjeździe w 200, 400 czy 600 osób należało do rzadkości. Ktoś napisał, że Widzew jako mistrz stawił się u nas w małej liczbie 300 osób a ja uważam, że wtedy to naprawdę było coś. Jak już wspomniałem liczby od tysiąca w górę zdarzały się niezwykle rzadko i raczej dotyczyły meczy tzw. okolicznościowych gdzie prym wiedliśmy my.
Z kibicami Widzewa łączył nas jako Wrześnię wspólny dojazd do Poznania. Można powiedzieć, że zawsze były emocje. Widzew widziany był wtedy jako satelita wszystkich miast i miasteczek wokół Łodzi i nie tylko z racji występów w europejskich pucharach. Jednym z największych było wtedy Kutno. Dla nich w barwach niebiesko-białych byliśmy jako pierwsi na drodze do Poznania. Chyba przy okazji każdego meczu były gonitwy, przepychanki, utarczki w najlepszym razie wyzwiska. Kibice Widzewa zawsze wyróżniali się swoim dopingiem nie tylko na własnym stadionie, ale również na wyjazdach. Również ich oflagowanie z racji tylu FC było okazałe.
Zresztą mój pierwszy mecz to Lech - Widzew wiosną 86 roku. Kiedy jako nastolatek stałem na wrzesińskim peronie wjeżdżał pośpiech i w dwóch ostatnich wagonach przez okna wyglądali kibice Widzewa, których zapamiętałem jak obrażali mój klub. Pamiętam jeszcze zdarzenie, kiedy to idący w barwach Widzewiacy do wagonu wars wracali z pokrwawionymi twarzami by za chwilę znów iść z milicją szukać sprawców.
Nie zapomnę zdarzenia z początków lat 90-tych, kiedy to jak zwykle czekaliśmy na pociąg w ok. 50 osób, kiedy dotarła do nas wiadomość, że jedzie w naszym kierunku cały żółtek Widzewiaków. Połowa z nas wykruszyła się od razu a reszta poszła na czoło pociągu i jak się później okazało było to dla nas najlepsze rozwiązanie. Jakieś 600 kibiców "przywitało" Wrześnię plus może 5 pał. Po krótkiej decyzji wsiadło nas 8 w część służbową i rozpoczął się horror. Te 5 pał stało między nami a do nas, co rusz przychodziła delegacja coraz to starszych kibiców Widzewa a to, że zabraliśmy im barwy i chcą je z powrotem, a to, że oni nas znają i chcą się teraz odegrać. Kiedy wjeżdżaliśmy na dworzec zachodni na głównym stał komitet powitalny naszej ekipy. Widzewiacy już pod Kaponierą wcisnęli hamulec i zaczęły się gonitwy po peronach. Dziwne w tamtych czasach naród był bardzo karny i już na widok kilku niebieskich czy sokistów wszystko wracało do normy.
Jeszcze jedno zdarzenie utkwiło mi w pamięci, kiedy to my zapolowaliśmy na nich. Na wrzesińskim peronie cisza w pociągu cisza dopiero kanar powiedział nam, że jest ich kilku i żebyśmy nie zrobili im krzywdy. Poszliśmy, więc w kilkunastu na przechadzkę po piętrusie. Kiedy zauważyliśmy podejrzanych jeden z nas poprosił o dowód tak to się wtedy robiło i wtedy wyskoczyło na nas jakieś 30 osób ze wszystkim co mieli pod ręką. Odwrót był natychmiastowy zatrzymaliśmy się dopiero w ostatnim wagonie. Dzieliły nas tylko drzwi a Bolo jeden z przywódców Widzewa szalał, latały jarzeniówki, drzwi się gięły aż w końcu jeden kanar nas rozdzielił. Ze względu na bałagan w pociągu i strach przed pałami wysiedliśmy razem z nimi na Garbarach w ruch poszły kamienie i obelgi, ale na tym się skończyło. Pamiętam jeszcze, że kilku z nich zostało rozszyfrowanych przed kasami, za co zostali okopani.
Z racji mojego stażu i wieku jestem za normalnością, lecz jakikolwiek układ z tymi kibicami nigdy nie będzie leżał w gestii kibiców wrzesińskich. Zawsze będzie "cała Łódź..."
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 12.01.2007
Dwa sukcesy w jednym roku Mistrz i SP w 90 roku.
Te sukcesy mają finalnie jednego przeciwnika. Ostatni mecz wiosny Łazienkowska. To było coś stałem na dworcu wrzesińskim czekając na specjała wraz z innymi kibicami z różnych miast: Września, Gniezno, Jarocin... a tu wjeżdża pociąg wtedy to było wydarzenie marginalne cały niebiesko biały wypełniony po brzegi kibicami długi na kilkanaście wagonów. Po drodze wszyscy nam życzyli powodzenia. Dopiero gdzieś na wysokości Błoni pociąg zatrzymał się na jakieś stacyjce a w odległości 50m od nas stała grupka roboli naprawiających tory. Na pytanie skąd są odparli "z Mazowsza synku" "a gdzie to jest" padło i wtedy jeden z nich bez namysłu rzucił w nas jakąś butelką, która roztrzaskała się o pociąg. Wszyscy wychodzili już przez okna, kiedy pociąg ruszył. Dworzec Centralny to było widowisko, kiedy wszyscy wyszli na peron i rozległ się przygniatający w zamkniętych murach okrzyk Koooleeejorz ciekawe, jakie było uczucie patrzących na nas kibiców Legii.
A potem marsz na stadion, pamiętam jak na wysokości Pałacu Kultury w oknie jednego z hoteli wychylił się prawie do pasa starszy facet i śpiewał razem z nami. Zajęliśmy większą część trybuny krytej, choć nasza liczba nie była aż tak imponująca szacuje ją na ok. 3 tysiące to w przeciwieństwie do PP w Łodzi raczej nie było tam "zakładów pracy". Doping całkiem niezły, lecz wtedy polegał tylko na hasłach typu "kolejorz". Potrzebowaliśmy remisu i taki padł. Radość była ogromna widzieliśmy naszych piłkarzy w szatni ich śpiewy i lanie szampana.
Kilka tygodni później SP w Bydgoszczy. Siedzieliśmy na łuku myślę, że nie więcej jak kilkaset osób na przeciw trybuny głównej gdzie siedzieli szalikowcy Zawiszy na moje oko 3 tysiące a 2 sektory dalej do dziś dla mnie jest to zagadką, dlaczego tak blisko kibice Legii na pewno w mniejszej liczbie niż my. Reszta stadionu wypełniona w niewielkiej liczbie przez miejscowych. Legia w zasadzie została przytłamszona dopingiem kibiców Zawiszy, którzy jechali cały czas w ich stronę pomagając nam jednocześnie w chóralnych śpiewach. Wynik poszedł w świat a 3:1 to kolejny dowód, że kiedy gramy o stawkę z Legią wznosimy się na wyżyny.
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 6.01.2007
Wrócę do trochę wcześniejszych lat, meczy o większą stawkę.
PP 88 Łódź. Należało urwać się ze szkoły. Załapałem się do jednego z autokarów zorganizowanych przez zakłady pracy. To była chyba jedyna droga do zdobycia biletu na mecz. Tak nawiasem mówiąc, kiedy zacząłem śpiewać coś o Legii zostałem zapytany czy mam dowód. Jeśli mnie pamięć nie myli z Wrześni jechało 4-5 tychże pojazdów i jakaś część pociągiem. Pamiętam jadąc już z Poznania pociągiem kilka tygodni później na SP do Piotrkowa jak koleś opowiadał, jakie to tłumy jechały i jedno zdarzenie bodajże w Kaliszu, kiedy to po ruszeniu pociągu jeden odważniak zaczął coś z Widzewem i wtedy to padło hasło opluć go, pewnie fajnie wyglądał.
Po drodze mijaliśmy pełno naszych siusiających i pijących przeróżne trunki. Kiedy wjechaliśmy do Łodzi minęliśmy naprawdę ogromną grupę kibiców Kolejorza idącą jedną stroną drogi dwupasmowej. Dołączyłem szybko do tej grupy i idąc na przodzie dotarliśmy do stadionu Widzewa. Część osób rzuciła się do kas były jeszcze bilety a ja do wejścia. Siedzieliśmy w sektorach gdzie jest kocioł Widzewa na całej długości za bramką i część na łuku. Myślę, że liczba jakieś 5 tysięcy i tak czekaliśmy na przyjazd kibiców Legii. Na pół godziny przed meczem widzieliśmy ich w pociągu, który przejeżdżał z drugiej strony stadionu. W końcu się pojawili siedząc na dwóch sektorach w liczbie 1,5-2 tysiące osób. Muszę dodać, że na prostej bliżej nas siedział Widzew na moje oko 100-200 osób a na końcu prostej bliżej Legii kibice ŁKSu, którego było połowa mniej. Prym wśród nas robił Lewy z Jarocina, a doping był raczej spontaniczny i w zasadzie polegał na przekrzykiwaniu się z drugą stroną. Wśród Legii byli raczej szalikowcy w naszych sektorach, co najmniej połowa to zakłady pracy. Mecz był bardzo słabym widowiskiem a gra na środku boiska to najlepszy okres w tym spotkaniu.
Kiedy doszło do konkursu rzutów karnych zresztą sędzia skrócił dogrywkę zaczęły się emocje. Tak naprawdę nie ważne jak ale chodziło tylko o jedno pokonać Legię i zdobyć PP.
Wysoka forma Jankowskiego i partactwo min. takich zawodników jak Dziekanowski dało nam to, po co przyjechaliśmy. I tu ciekawe zdarzenie, kiedy my strzelaliśmy gola bądź bronił Jankowski cieszyli się wraz z nami kibice ... Widzewa, a wraz z Legią radował się ŁKS, któremu wygrana Legi dawała prawo gry w pucharach. Co ciekawe to my wtedy mieliśmy wielką zgodę właśnie z ŁKSem a na linii ŁKS-Legia wielka nienawiść (swego czasu koleś miał zrobioną L na czole żyletką i uduszony własnym szalikiem oraz wyrzucony z pociągu). Kiedy nasi piłkarze robili rundkę honorową dostali wielkie brawa również od Widzewa na co nasze sektory zaśpiewały Widzew Łódź co spotkało się z natychmiastową reakcją i w naszą stronę poleciało Lech, Lech Kolejarz i wzajemne brawa. Tak, tak to było. Piłkarze rzucili nam jeszcze koszulki, co raczej się wtedy nie zdarzało i z wielką radością wróciliśmy do...ja do Wrześni.
Niestety jedyną pamiątką z tego meczu jest beznadziejny bilet a najbardziej brak fotek.
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 5.01.2007
W 92 na jesień wróciłem w czwartek z Goteborga a już w niedzielę Legia. Byliśmy silnym zespołem chyba najlepszy w historii i mimo przewagi znów tylko remis.
Siedzieliśmy jak zwykle w tamtym okresie na drugim łuku od strony Łazienkowskiej, było nas sporo kilkanaście osób, stali bywalcy meczów wyjazdowych.
Na meczu atmosfera praktycznie piknikowa, śpiewy z obydwu stron raczej słabe, nawet wyzwisk nie było za bardzo. Ogólnie podobnie jak na stadionie we wspomnianym wcześniej Bytomiu.
Może ktoś nie wierzyć, ale takie mecze także bywały. Za to humory dopisywały jak widać na zdjęciach.
W górę serca...
Posiadam jeszcze te dwa
A tak nawiasem mówiąc to i tak dużo, ponieważ pamiętam jak ochrona chciała mnie wykroić z aparatu.
Pozdrawiam
V-25-25
Napisane: 4.01.2007
W następnym sezonie przypomniała sobie o mnie armia, tak tak pułkowników też biorą a zatem nie odwiedziłem tego przytulnego miejsca.
Jesienią 98 Lech szedł jak burza. Bił wszelkie rekordy wygranych z rzędu, ogrywał kluby, które od wieków mu nie leżały.
O ile dobrze pamiętam był to ostatni mecz jesieni a raczej zimy. Znów czekałem pod stadionem na przyjazd naszych. Na kilka minut przed rozpoczęciem usłyszałem syreny, ale nikogo nie zobaczyłem. Zdecydowałem się wejść na żyletę, bilet w rękę a gość na bramkach pyta mi się czy mam identyfikator w końcu machnął ręką i wszedłem. Idąc wolno zauważyłem, że część naszych siedziała już pod zegarem. Była bodajże 10 minuta, kiedy znalazłem się w samym centrum i wtedy padła bramka. Komentarze były jednoznaczne: dokopiemy tym s.....m, mówię wam wygramy 3:0 itp.
Schodząc w duł spotkałem wychodzącego z budynku klubowego wraz ze świtą Bosmana. Przeszedłem przez bramę, potem drugą i tak znalazłem się wśród naszych. Na pewno była na tym meczu jeszcze jedna osoba z Wrześni. Cały mecz Lech był drużyną lepszą nawet Reiss strzelił bramkę z wątpliwego spalonego, której oczywiście nie uznano. Po meczu czekaliśmy jak zwykle z dobrą godzinę. Urwaliśmy się z eskorty do samochodu min. Baton z Gniezna, gość z Kostrzyna i nas dwóch z Wrześni. Po drodze mijaliśmy czerwone autobusy pełne Legionistów, drogi pełne śniegu i lodu.
Może ktoś jeszcze był na tym meczu.
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 3.01.2007
Wybrałem się do Wawy za kawałkiem kariery wiosną 96 r. Pojechałem z przyszłą żoną i torbą, w, której leżał krawat i jego dodatki. Była to główna przyczyna, dla której usiadłem na krytej. Kibice z pod żylety mieli wówczas zakaz siadania na prostej, dlatego na meczu było tylko kilka tysięcy. Zanim trafiłem na stadion wędrując ulicami spotkałem w jednym z pubów siedzący 2 piłkarzy Legii zmieniających już praktycznie klub. Jednym z nich okazał się Ratajczyk zresztą były piłkarz Warty. Kiedy rozdał autograf kibicom Legii wszedłem i poprosiłem o dedykacje dla kibica Lecha. Zdziwienie, a zaraz potem pytanie od jego dziewczyny jak tu się znalazłem i jeszcze większe, kiedy dowiedziała się, że pochodzę z Wrześni i wówczas okazało się, że ona również.
Na stadionie usiadłem pod krytą na najniższych rzędach w towarzystwie mojej Pani, starszego Pana i nastolatka siedzącego na płocie.
I wtedy weszli nasi w sile ok. 350-400 osób.
Aż dziwne, że nikt nie zwrócił wtedy na mnie uwagę. Już po kilku minutach policja pokazała, kto rządzi i cała nasza grupa znalazła się w narożniku spałowana niemiłosiernie zwłaszcza osoby, które znajdowały się na zewnątrz grupy. I wtedy cała kryta, oczywiście ze mną, zaśpiewała "Hej Kolejarz trzymaj się..", oraz "zawsze i wszędzie policja...". Brawa były dwustronne. Wynik oczywiście był niekorzystny 1:5, ale przy stanie 0:3 pod koniec I połowy Wojtala uderzył soczyście z woleja i strzelił ładną bramkę. Moja reakcja to zaciśnięcie pięści i krótkie "jest" i wtedy starszy Pan zapytał się "cieszycie się, co?".
Wracałem już pociągiem z naszymi kibicami. I tu dość ważna sprawa, stałem na korytarzu a obok w przedziale toczyły się ważne sprawy otóż podróżowali wraz z Uszolem siedzącym zresztą i chodzącym po całym pociągu tylko w majtkach przedstawiciele i zarazem rządzący wtedy kibicami Arki i Cracovi.
Z Wrześni wtedy raczej nikogo nie było, ale może się mylę.
No cóż wyjazd zupełnie inny od pozostałych tylko jeszcze raz siedziałem na trybunach z kibicami gospodarzy też w Warszawie na Poloni a wynik 0:5. Nigdy więcej.
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 12.11.2006
Murinio wspomniał o wyjazdowym meczu do Goteborga w 99 r. ja mam nieco starsze wspomnienia z 92 r. Muszę wspomnieć, że było to nie lada wyrzeczenie dla studenta jak na tamten okres.
Na wyjazd wybrały się 4 autokary i trochę samochodów liczba ok. 250 osób. Jak wspomniałem wycieczka była raczej ekskluzywna toteż tylko ekipa z jednego autokaru zdecydował się na wyjazd po kosztach. Rozpocząłem wycieczkę od spotkania Uszola i wypowiedzi "a ten też jedzie, wsadźcie mnie z bagażami".
Podróżowaliśmy do Sasnitz a dalej promem do Trelleborga,
a tam postój, ponieważ jeden z naszym żartował, że ma dragi no i czekanie 2 godziny, a kolega poczuł w tyłku palec pewnej pani w gumowej rękawiczce.
Do Goteborga dotarliśmy porą południową. Raczej nie było styczności z miejscowymi kibicami.
Odwiedzaliśmy klubowe sklepy u nas takich nie było, zdjęcia na tle gamma Ulevi i pięknych samochodów generalnie bardzo drogo.
Niestety nasz mecz odbył się na starszym obiekcie. Osoby z naszego pojazdu siedziały za bramką jakieś 40 osób reszta na końcowej prostej.
Dopingujemy początkowo wszyscy, ale większość meczu tylko nasza grupa. Flag było dość sporo w tym jedna w narożniku Legia k...a, która po meczu nie została zdjęta. Przegrana 0:1 nie była taką złą tym bardziej, że mogliśmy nawet pokusić się o zwycięstwo, ale jak to się skończyło pamiętamy.
W drodze powrotnej mimo wszystko humory dopisywały śpiewy, zabawa w jednorękiego bandytę.
Tak zaliczyłem mój pierwszy wyjazdowy mecz zagraniczny.
W górę serca...
V-25-25
Napisane: 14.11.2006
Mielec wiosna 92.
Wyjazdy autokarowe były w modzie zwłaszcza na drugi koniec wiata. Niewiele osób
było tam przed nami, więc pełni werwy i ochoty kibicowania wyjechalśimy 1-2 w
nocy z zapasem czasowym na mecz. Tak nawiasem mówiąc chyba po raz pierwszy byłem
czekając na transport o tej godzinie na sektorach naszego stadionu. Pierwsza
niespodzianka jesteśmy na miejscu o godz. 8 rano, mecz o 17 no i nastąpiła fala
różnych pomysłów. Zdjęcia na tle figur przed stadionem i w sektorach Stali,
promocje pierwszy raz zobaczyłem jak jeden ze starych wjechał wózkiem do
Super Samu i wyjechał pełnym bez zapłaty oczywiście nikt nie próbował go
nawet zatrzymać. Wielka Sobota tak to był ten dzień pamiętam jak poszślimy w
szalach do kocioła na czas święconki i kiedy ksiądz kropił różne smakołyki
my oczywiście wyciągnęliśmy szale. Później kto powiedział, że do Dębicy na
mecz Iglopolu z Górnikiem Z. pojechał Uszol z ekipą na zadymę. Komórki były
w planach, więc zaczęliśmy szukać transportu nasz kierowca nie chciał jechać
a połączeń pociągami jak na lekarstwo, więc czekaliśmy aż przyjadą okupując budki z jedzeniem.
Uszol przyjechał i rzeczywiście byli na meczu z tego, co pamiętam Górnika 40 a
nas kilkanaście oczywiście wszyscy wiedzieli o naszej obecności, ale do niczego nie
doszło. I tak poszliśmy na stadion. Wszyscy byli nim zachwyceni, bo to przecież
jedyny piętrus w tamtych czasach. Kolejka po bilety była już spora, ale
kibice Stali bez problemu wpuścili nas przed siebie. Siedzieliśmy na piętrze
wtedy to było coś. Bramka kuriozum Trzeciak kolanem i 1:0 ale wygrywaliśmy wtedy
wszystko nawet w taki sposób. Miasteczko i kibiców ze Stali zawsze będę
wspominał sympatycznie, ale jak sobie przypomnę ich doping, Mieeeeeeeeeelec,
Mieeeeeeeeeelec. Na powrocie, kiedy staliśmy na stacji wszedł do autobusu koleś
podał rękę pierwszemu z naszych - dlaczego to był Kicaj - powiedział, że
jest kibicem Stali i gratuluje nam Mistrzostwa (jeszcze było kilka kolejek, ale
byliśmy pewniakiem). I tak wróciliśmy do Poznania znów zdziwieni bo przed północą.
W górę serca...
Fotki z meczu może kto się znajdzie...
V-25-25
Napisane: 9.11.2006
Wyjazdy do Bydgoszczy, Wrocławia czy Szczecina zawsze były kolorowe, ale tam bywała większość.
Spróbuję opisać obiecany kilka stron wyżej Tarnobrzeg. Sezon 92/93 jesień
1:0 po bramce Podbrożnego. Jak się domylacie jestem związany z Wrzenią - mój
wyjazd rozpoczął się już w piątek. Pociąg osobowy do Poznania a tam
przesiadka do autobusu te lata to okres autokarowców. W zasadzie z podróży do
Tarnobrzegu niewiele pamiętam a może raczej nic ciekawego się nie działo
poza tym, że byliśmy dumni z tego, że my to Polska "A" a tam to już wiecie, co
i rzeczywiście było widać. Po drodze w Sandomierzu widzieliśmy kilku naszych jadących
różnymi rodkami i tak dojechaliśmy do celu. Zostaliśmy zatrzymani przez
policyjnego malucha (tak pierwszy raz coś takiego widziałem) i sierżant zapytał
się: jechaliście tak długo na pewno jesteście głodni? Wrócił za kilka minut i
zaprosił nas do restauracji przedtem wyrzucając z niej wszystkich. Jedzenie było
pierwsza klasa a ceny lepiej niż przyzwoite. Po godzince biesiady wyszliśmy na
zewnątrz a tam ten sam sierżant powiedział, że teraz trafimy sami na
stadion, bo to blisko no i poszliśmy z buta. Szliśmy dumni a wszyscy ustępowali nam miejsca.
Stadionik bo tylko tak można o nim powiedzieć miał na prostych tylko po kilka rzędów i na końcu jednego z nich zasiedliśmy. Przy wywieszaniu flag ochrona kazała nam je wywiesić do środka, bo tutaj jest straszna jazda i zrywają fany. A teraz najlepsze kocioł Siarki był chyba naszej wielkości 70-80 osób a wśród nich siedziały pały i mówili, co mają śpiewać o żadnych bluzgach nie wspomnę. W przerwie meczu chodziliśmy prawie po całym stadionie z wyjątkiem tej drugiej prostej, ponieważ była obstawiona. W 70-tych minutach Podbrożny wtedy w swoim stylu strzał z 16-tki i po słupku wpadła do siatki. Szał radości i do domu.
Ale podróż dopiero się zaczęła. Autokar już przed Kielcami zaczął warczeć, zgrzytać i dymić. Zajechaliśmy gdzieś do warsztatu a tam nam powiedziano, że za kilka godzin może pojedziemy. Zostawiliśmy wszystko w autobusie (to był straszny błąd) i poszliśmy na dworzec a tam trochę śpiewów i nuda. Po 4 godzinach kierowca do nas zdzwonił, że już jechał, ale następna awaria. Konsternacja najbliższy pociąg był do Katowic no to jazda oczywiście bez biletów po drodze była zmiana czasu, więc jedna godzinka dłużej gdzieś na stacji w polu i ta jędza sokistka jak darła ryja. Jakoś dojechaliśmy do Katowic - przypomnę, że to już niedziela ranek - a tam wsiedliśmy w jakiś pośpiech do Poznania. Ale już w Tarnowskich G wyleciałem z pociągu oczywiście z braku pieniędzy i biletu (wszystko zostało w autokarze) i 3 kumpli wszyscy Wrześni. Resztki oszczędności pozwoliły nam po 4 godzinach jechać jakąś osobówką gdzieś okrężną drogą do Ostrowa Wlkp. Tam osobówka do Jarocina już na gapę a konduktor po opowiedzeniu naszej historyjki pokiwał głową i tylko powiedział mieliście pecha ten z pośpiecha to największy sk..... Potem jeszcze jazda do Wrześni i z buta do domu. Byłem o 20.00 a już miał być wykonany telefon na policję co się ze mną dzieje.
I tak skończyłem jak na razie najdłuższy wyjazd na Polski ligowy stadion. Następny wyjazd do Lubina z
powodu tej awarii był za darmo. W górę serca..
V-25-25
Napisane: 8.11.2006
Lata świetności ma już za sobą. Kiedy zacząłem chodzić na mecze Górnik pruł ligę jak chciał. W Zabrzu wygrywał za dodatkowy punkt, ale... w Poznaniu rzadko wynik był obiecujący. To Lech wtedy był zespołem swojego stadionu i z takimi zespołami z reguły wygrywał.. Przypomnę wyjazd do Zabrza, który prócz meczu miał też swoją historię. Wiosna 92.
Zaczęliśmy jeździć autokarami. Na śląsk gdzie wtedy pół ligi było z tego regionu jeździło się, co 2 tygodnie. Było nas 5 autokarów + ekipa pociągowa w sumie ok. 250-300 osób ( niech mnie ktoś poprawi) + będący wtedy z nami na każdym meczu w tym regionie kibice Polonii, ale zacznę od początku. Wyruszyliśmy w niedzielę rano. Na postoju gdzieś między Ostrowem a Kępnem stanęliśmy na wiadomo co. Pech chciał, że stała tam również limuzyna w dodatku otwarta. Już w autobusie dowiedzieliśmy się, że jedziemy z jakąś torbą na tyle. Decyzja krótka stajemy i wyrzucamy to w las. Kłopoty dopiero się zaczynają, jesteśmy tropieni przez policję, ale w skutek pomyłki (zatrzymano inny autobus) bez problemu dostajemy się do Zabrza.
Na meczu padało, ale wynik jak zwykle całkiem dobry, choć prowadziliśmy już 2 bramkami był remis. Trzeba dodać, że śląskie powietrze nigdy nie służyło Lechowi. Dodam tylko, że stadion, na który zawitałem ponownie 3 lata temu kompletnie się nie zmienił.
Wracam teraz do autokaru. Kiedy wróciliśmy z meczu był wywrócony na lewą stronę, szukano tych dokumentów. Wszyscy znaleźli się na komisariacie w majtkach do spowiedzi. W sumie nic nie znaleziono, ale dla kilku podróże do Zabrza stały się koniecznością.
Wróciliśmy w poniedziałek rano a tego, czego szukano było w butelce po piwie kulającej się po autokarze.
Kibice z Wrześni jak zwykle w tamtych czasach pojawili się w sile ok. 25 osób co teraz nie robi wrażenie lecz naście lat temu inne FC były reprezentowane przez pojedyncze osoby. W górę serca..
V-25-25
Napisane: 7.11.2006
Kilka zdjęć z lat 92-93, może się znajdziecie
Białystok
Hutnik K.
Białystok
Mielec
Zabrze
Zabrze
Zabrze
Białystok
Białystok
kocioł
Białystok
W górę serca..
V-25-25
Napisane: 14.10.2006
Przypomnę tym, którzy pamiętają i tym, którzy nie o pewnym meczu z jesieni w 91 r. gdzie nasz jeszcze wtedy mało oficjalny, ale bardzo liczny jak na tamte czasy FC wyjechał sobie na mecz z RTS-em.
W owych latach mecze wyjazdowe odbywały się tylko pociągami sporadycznie autokarami. Oczywiście modnym było wtedy podróżowanie na gapę bez praktycznie większych sankcji wobec nas. Kiedy wjechał pociąg osobowy do Wrześni z ok. 50 kibicami my czekaliśmy w sile 30 osobowej i wtedy zdarzyło się coś co się nie zdarzało. Otóż zostaliśmy wyrzuceni przez obstawiającą pociąg prewencję, ( co oni tam robili? - zresztą rok dwa później nasi najlepsi przyjaciele w meczach wyjazdowych). I tak oto zostaliśmy na peronie my plus kilka osób z pociągu. Czasu niewiele a pomysł tylko jeden... autokar. Dość szybko - w ciągu godziny - został załatwiony i ruszyliśmy w drogę, ale problem nadal pozostał brak kasy. Pod stadion wjechaliśmy spóźnieni ok. 10-15 min. Najbardziej zdziwieni byli ci, którzy dotarli pociągiem.
Siedzieliśmy jak zwykle za bramką w sektorze gości a cały stadion się gotował, wtedy też byli napinacze głównie w sektorze na łuku, gdzie ostatnio siedzieliśmy. Z meczu pamiętam tyle, że jak zwykle w tamtych czasach prowadziliśmy 2:0 a Widzew z tym swoim charakterem doprowadził do remisu ( przez naciągnięty karny w ostatniej minucie). Po meczu mała niespodzianka w autokarze naszych piłkarzy została wybita przednia szyba i jaki pomysł? Piłkarze wrócą naszym autokarem a my pociągiem. Ale niestety dla piłkarzy chętnych na ten pojazd było znacznie więcej niż w stronę do Łodzi i nici z tych pomysłów. Kiedy wracaliśmy do domu zmęczeni wygłodniali i tacy biedni kierowca nieopacznie zapytał się o zapłatę? Poszła w ruch czapka i zebraliśmy może połowę tej sumy. Tak ostro hamujący autobusu pamiętam tylko raz, kiedy dojeżdżałem do średniej szkoły. Obudzili się wszyscy, staliśmy w szczerym polu w głębokiej nocy. Ostatecznie zapadły deklaracje, które do dziś nimi pozostały...
Może ktoś pamięta ten mecz, coś dopisze była nas wtedy prawie połowa z wyjazdowiczów.
Napisałem tę wzruszającą opowieść, aby przypomnieć, że można jeździć na wyjazdy personalnie większej niż samochód a zatem przed nami ponownie Widzew. W górę serca...
V-25-25
Napisane: 17.10.2005
Motor (przez miejscowych nazywany Motór) Lublin. Wyjazd miał być autokarowy to były początki. Niestety ze względu na małą frekwencje ok. 20 osób został odwołany. Decyzja Uszola jedziemy pociągiem, na który poszło ok. 8 osób. Ja i jeszcze kilka osób ze względów, że nie zdążymy zdecydowaliśmy się nie jechać. Przyjechał Łysy ( nasza Pyra dla mniej orientujących się) i stwierdził, że damy rade. Po jakiejś godzinie dyskusji została nas 6. Wsiedliśmy do pociągu oczywiście bez biletu to była wtedy normalka i dojechaliśmy do W-wy zach. godz. 14, mecz o 17. Pociąg, który mógłby nas zawieźdź do Lublina zajechałby na 10 min. przed końcem meczu. Decyzja Łysego mam jeszcze nieoddane pieniądze za autokar jedziemy taksówką. Tylko, kto zabierze 6 osób i w dodatku za cienkie pieniądze. Znalazł się jeden taki warszawiak z dużym fiatem. Jedziemy Łysy z przodu zastawiając resztę, czyli 5 z tyłu. Pamiętam, że żeby zatankować tego gruchota taksówkarz jechał najpierw pod prąd 3pasmową drogą a później po chodniku wyzywając jakąś starszą panią od starej k. Dojechaliśmy pod stadion 5 min. spóźnieni i od razu jeszcze na parkingu usłyszeliśmy jeeest 1:0 dla Motoru ( J. Bak). Na stadionie okazało się, że jest nasze 8 osób, które pojechało wcześniej zaatakowane przez Legie w W-wie. Stadion był okrągły a na nasze hasło cały stadion śpiewa z nami zaśpiewaliśmy chcesz być cykorem trzymaj z lubelskim Motorem. Teraz najlepsze - powrót. Policja stwierdziła, że żeby nie czekać na pociąg pośpieszny do W-wy możemy sobie dojechać do Puław osobówka i tam na niego poczekać? Jadąc ś.p. Prendol stwierdził, że jedzie z nami Motor, no więc tam pośliśmy. Owszem był i czekał z metalowymi rurami. Prendol zamykał przed nami drzwi a my zostaliśmy obłożeni po plerach, po czym został włączony hamulec i Motor się rozpłynął. A nas czekających na odblokowanie minął ten pośpiech do W-wy. W Puławach czekanie ( była północ) 4 godz. Na poczekalni ( schody) jakieś brudasy grały na gitarze, więc Uszol nie wytrzymał i zaczęliśmy doping. Przyjechała nyska policyjna z dwoma naprutymi policjantami i na dzień dobry poinformowali nas, że to nie Poznań, ale Puławy Miasto. Kiedy nas wygonili na zewnątrz jeden zaczął gonić po placu nyską jednego z naszych, który zygzakiem próbował uciec przed nawalony policjantem. W konću dotarliśmy do W-wy i z stamtąd Beroliną w I kl. oczywiście na gapę dojechaliśmy do Poznania.
Pozdrawiam